Nonkonformizm
Przesuwam palcami po krawędzi odłamków lodu. Zsunięta rękawiczka kusi resztkami ciepła. Nonkonformizm wydaje mi się cenną cechą osobowości, zdolnością do przeciwstawienia się społecznym naciskom, opiniom, poglądom innych ludzi. To samodzielność w myśleniu i działaniu, ocenianie według własnego punktu widzenia, według osobistego systemu wartości. Ale to też zgoda na chłodne ranienie przez innych niezrozumieniem, etykietowaniem, stereotypami. Nonkonformizm otwiera się nagle pode mną z trzaskiem podważonych kruchych norm religijnych, obyczajowych lub nawet prawnych lub kulturowych. Pękła zewnętrzna warstewka formalnej akceptacji norm stosowanych albo tylko uznawanych w moim otoczeniu kończąc ślizganie się po powierzchni deklarowanych przynależności do grup. Konformistyczne poglądy zapowiadane, powtarzane, przypominane w grupach naszego środowiska, do których przynależymy, bo nas do nich przypisał regulamin lub akt prawny są biletem wstępu kupowanym za cenę naszej duszy… za cenę naszej prawdziwej tożsamości. Łatwiej go zapłacić wobec grupy, do których chciałoby się należeć. Chwalimy się nim jak znakiem wyróżniającym wobec grupy odniesienia porównawczego, czyli takiej, która stanowi tło dla opisywania siebie i oceniania własnej sytuacji.
Co więc dostanę mając już ten bilet posłuszeństwa? Grupa, która mnie akceptuje za moje konformistyczne wobec niej poglądy i postawy odpłaca się poczuciem bezpieczeństwa, akceptacji. Podsuwa rozsądne racjonalizacje, że w końcu takie są wymogi życia, takie zasady ustalone przez szacowne autorytety, a trzeba uwzględnić potrzeby naszej społecznej natury.
Konformizm miał pomóc w sukcesie adaptacji, zaświadczyć o pomyślnym przezwyciężeniu buntu i kryzysów adolescencji, przezwyciężeniu totalnej krytyki zasad świata dorosłych i harmonijnym na koniec przyznaniu swojego miejsca i tożsamości w społeczeństwie. Konformizm okazał się jednak drogą na skróty, tchórzliwym wycofaniem się wobec głębokich, rozszerzających się szczelin kryzysów. A zyskana za cenę konformizmu lękliwa tożsamość okazuje się jedynie uwierającą maską. – Zanurzam rękę w przerębli – Trzeba było zaufać swoim najgłębszym kryzysom. Nie są one zaburzeniem, lecz właśnie zdrowym procesem koniecznym w odkrywaniu własnej prawdziwej tożsamości.


